niedziela, 27 grudnia 2009

Natręctwa ...

Kiedyś myślałem ze gdy kot starszy się robi to i mądrzejszy za razem, wyważony wręcz bym powiedział bardziej dostojny. I coś w tym zapewne z prawdy jest bo mądrość zbieraną w czasie kot wykorzystuje do swoich natręctw.
Emi to mistrzyni w natręctwach. Ma ich kilka i każdego dnia dzielnie je pielęgnuje, a mnie czasami ręce opadają bo co niektórych wyplenić po prostu nie idzie. Na przykład:
odkurzacz - czyli natręctwo polegające na zjadaniu z ziemi wszelkich "ciemnych" plamek (o zgrozo!!);
lotnik - czyli zdobywanie wszelkich wysokich polek a następnie długie skoki na ziemie gdy zbliża się Duży z psikaczem;
szop pracz - bo nocą, gdy nikt nie patrzy (ale słyszy) trzeba zwiedzić zakazany blat kuchenny i napić się wody z jakiegoś talerza w zlewie, coś zrzucić, coś ukraść do zabawy;
odparowywacz - czyli zlizujemy wszelka parę wodna skraplającą się na szybach;
monter - żaluzje trzeba zawsze przed spaniem powgniatać a nuż coś z nich wypadnie;
I mógłbym jeszcze wymieniać, ale po co skoro to właśnie jest w niej najciekawsze ...


Śnieg ...

W Święta mieliśmy spotkanie ze śniegiem. Emi szybko zwiała gdy tylko łapy zapadać się jej zaczęły, Fredek natomiast nie. On przykucnął i patrzył zdziwiony na ciotkę.



Wołowinka ...

Najlepszym sposobem na przypomnienie futrzastym o tym, że kot służy do pieszczenia jest kawałek dobrego, soczystego miąska. Nie tego pierwszego z lady, ale tego drugiego - lepszego i droższego za kilogram. I wystarczy miąsko takie wyjąć i zacząć kroić na porcje małe, a chwilę później - mimo iż nikogo nie wołasz - masz zgraje przy nogach.
Wtedy kochane koteczki wiedzą co lubią ci Duzi, wiedzą co to znaczy być ułożonym kotem. Ocierania nie ma końca, jest ciągły dotyk, wbijanie głowy w nogi, jest też wołowinka - bo o nią tutaj przecież chodzi ...







wtorek, 15 grudnia 2009

Fireman ...

Leniwie, nie chce się nawet wyjąc aparatu i porobić zdjęcia.
Ostatnimi czasy walczyliśmy z Emuchowymi kłakami, które bezlitośnie blokowały się w brzuszku. Potem zaś wracały z jedzeniem w różnych częściach mieszkania. :(
Na szczęście już minęło najgorsze i teraz przy podawanej regularnie paście Emi normlnie już trawi, a przy tym ma piękne futerko.
Fredosław natomiast puchnie w oczach bo albo nigdy nie widzialem samca MCO albo nasz Fredzio jest zaglodzony. Jemu zadne tam pasty nie sa potrzebne bo jak sie nie myje to i po co mu pasta. Jedyne klaki jakie polyka to te z futra Emuchowego dopiero co wyrwane w trakcie codziennych bijatyk. Najgorsze jednak we Fredziu jest to ze bać to on sie raczej nie potrafi niczego. Zatem nawet płonąca świeczka jest obiektem wartym zaczepki, przecież tak cudownie mryga ten płomyczek i to zaczepnie. I co jakiś czas mamy opalone futro, bo nie upilnujesz gadziny zawsze. Psotnik łapą próbuje strącić płomień, który od ruchu łapy dodatkowo mocniej wiruje i cóż ... smrodek futra czuć czasem ...