Ufff.
Oba kotulce regenerują siły przed następnym wspólnym wieczorem. Mam wrażenie, że
Emi śpi już tylko dlatego, ponieważ liczy na
przespanie obcego. Zapewne myśli, że ten sobie już niedługo pójdzie - kończy się weekend, a dziwne koty znikały zawsze wieczorem. Ale tak było do tej pory :)
Dokocenie idzie całkiem nieźle zważywszy, że nie leje się krew, ani też nie dochodzi do brutalnych łapoczynów.
Fredzio okazał się genialnie mądrym koteczkiem, który wie jak postępować z kocią arystokracją, czy też samolubnymi paniusiami :)

Z całego
dokocenia zastanawiałem się nad tym "pierwszym spotkaniem". Jak to przebiegnie, który wariant z tworzonych przeze mnie wizji nastąpi?? Najpierw zakładałem, że
Emi całkowicie zafurka małego i ten nie będzie w stanie nic nawet zwiedzić.
Potem myślałem, że malec zdobędzie
Emi, tak jak w hodowli potrafił wobec innych kotów.
Jak go jednak zobaczyłem, delikatnego, małego, przytulaśnego to byłem przerażony, bo takiego szkraba to nasz potwór po prostu przepędzi. Ale było zupełnie inaczej...

Dojechaliśmy, wreszcie w domu po długiej trasie.
Emi wytęskniona, lekko wystraszona. Ale nic, podchodzi i ogląda co przynieśliśmy. A my wtedy prędko - podmiana kuwetki na czystą i wyciągamy malucha wprost na żwirek.
Emi nie reaguje, nie widzi nawet, nie przypuszcza nawet, że zmieniło się właśnie jej życie. Dalej wciska główkę do wyprawki małego oglądając prezenty i wtem ... szmer z kuwety --- zastygła i tak została. Zdążyliśmy pozbierać się z wejścia, a w tym czasie
Fredzio zdążył zwiedzić przedpokój i już gnał do pokoju.
Emi nie wytrzymała i fuknęła ostrzegawczo, mimo iż ten nie szedł w jej kierunku - ale fakt mógł jej przecież nie zauważyć, lepiej mu się przypomnieć.
Tymczasem
Fredzio, najzwyklej w świecie ją zignorował!! Ta najprostsza czynność, okazała się być najbardziej skuteczna. Tego było za wiele.
Emi pobiegła za małym i do końca dnia nie opuszczała go snując się krok w krok jak duch, sycząc lub warcząc na intruza, który na jej nieszczęście nawet nie myślał się wystraszyć (ignorant).
Tak jak myśleliśmy nastąpił mega FOCH naszej kotki.
Jeśli uważaliście że byłam oziębła to teraz zobaczycie na co mnie stać :) Próby dotknięcia jedynaczki kończył się miauczeniem a nawet fukaniem. Pozostało nam jedynie zająć się nowym przybyszem, który już mordował pozostawione samopas myszki
Emi. Rezydentka natomiast nie potrafiła zrozumieć co się dzieje.
Przecież syczę, a ten brzdąc świetnie się bawi - dlczego? Co zrobiłam nie tak? Może jeszcze raz syknę... Nie wytrzymała. W chwili w któej
Fredzio mordował na wpół rozłupaną myszkę,
Emi wyrwała z wyprawki patyk z piórkami i zaczęła go mordować mówiąc "patrzcie ja też się bawię" :)
Noc spokojna choć
Emi z 10 razy odwiedzała kuwetę szukając w niej sekretnego przejścia do sąsiada pod nami. A Fredzio wtulała się w nas, terkotał nam, wcisnął się pod kołderkę i nic nie robił sobie z furczącej wściekle ciotki, która przecież nie dostała swoich głasków tej nocy.... nad ranem
Emi usnęła w innym pokoju, a
Fredzio na parapecie okna sypialni...
Rano, już jest inaczej.
Emi standardowo dostając głopawki chciała poszaleć, ale jak? Przecież ciągle kręci się tutaj jakiś mały szary koleś. Postanowiła, że zaryzykuje i skoczyła wjego kierunku, aby gracją skoku pokazać mu kto tu rządzi. Wyszło jednak tak, że koncentrując się na
Fredziu źle wymierzyła i z gracją to może spadła z pufki na która skoczyła. :)
Ale
Fredzio zaskoczył - podłapał, że trzeba pogonić i już razem na drapak, ale
Emi szybki zwód i już --- sykkkk,
żartowałam - nie goń mnie....